Poniedziałek. Zaczęliśmy dzień od informacji, że Emi potrzebuje nowego wkłucia i potrzebna jest konsultacja chirurgiczna. Czy wyrażamy zgodę na wkłucie? Tak…
Kiedy przyszliśmy, Emi leżała sobie spokojnie. Jej parametry życiowe jak i na respiratorze nie skazywały niczego złego… Jednak, gdy zobaczyłam, że Emi nie ma centralki, tylko jedna myśl pojawiła się w głowie- lekarz jej nie zakwalifikował do operacji! Potem myśli poszły już same…
Okropny strach, łzy, ból serca…
Po jakiejś chwili pani dr F. powiedziała, że chirurg znalazł jeszcze jedną żyłę w prawej rączce, w którą spróbuje się wkłuć ale ostrzegła, że nie będzie to proste. Kamil mocno tego nie słuchał, a ja czułam, że nie jest dobrze. Bardzo się bałam, że nie wróci już z bloku operacyjnego.
Przed operacją zostały jej podane płytki krwi, a potem sama krew. Okazało się ( nie od razu nam powiedziano),że stan zapalny, który wytworzył się przez poprzednie wkłucie poprowadzone przez lewą nóżkę, “zjadło” WSZYSTKIE PŁYTKI KRWI!!!
Podanie płytek zajęło sporo czasu. Wenflon, który na założony do lewej rączki, jest umocowany w bardzo cienkiej żyłeczce. Podkuć Emi graniczy z cudem. Płytki są dość gęste i nie chciały jej “ściekać” pod wpływem grawitacji… Panie pielęgniarki musiały trochę pogłówkować co zrobić, by w miarę szybko jej je podać.
Gdy w końcu się udało, Emi dostała krew i w między czasie panie zaczęły przygotowywać Emi do wyjazdu na blok operacyjny. O 14:40 Emi miała być już na bloku…Zaczął się pośpiech…widok dość niecodzienny i napawający dodatkowym lękiem…
Pomodliliśmy się z Kamilem Koronką do Bożego Miłosierdzia i postanowiliśmy, że zostaniemy już w szpitalu na tą godzinę…
Lęk cały czas był obecny aż do momentu, gdy zobaczyliśmy Emi na nowo wracającą z bloku. Widzieliśmy przez szklane drzwi, że dr T. i panie pielęgniarki nieco się uśmiechają. Odebrałam to za dobry znak.
Znów udało się “wziąć trochę czasu na kredyt”.
Po powrocie z bloku, Emi nie była ani wyziębiona, ani nie potrzebowała więcej tlenu, ani nie była bardziej ospała…Jakby “nic” się nie stało. Nie było żadnych zmian na monitorach… To tylko pozory jakby zasłona dla naszych oczu…
Wieczorem u Emi był tatuś, ja musiałam odpocząć…
Emiluś zaczęła się znowu spinać. Zrobiła też kupę -ciemno-zielono- żółtą z krwawym podbarwieniem. Miała temperaturę. Przez cały czas pobytu tatusia miała 38 st. C. Nabrała kolorów, a na twarzy malował się ból… Tatuś modlił się z Emi, zbytnio jej nie dotykał by nie dodawać jej choćby najmniejszego bólu czy podrażnienia…
Kochamy Cię córeczko!
P.S. Odbieram , że lekarki mają blokadę, że nie wiedzą jak powinny postępować… Kłócą się wewnętrznie – rozum z sumieniem. Nie jest to wcale proste. Mieć wiedzę, znać konsekwencje… ale nie być Bogiem! Nikt z nas nim nie jest.


