Czwartek. Dzisiaj Emileńce zmniejszono ilość tlenu na respiratorze z 40% na 30%. Widać nie potrzebuje aż tyle. Nieźle się wentyluje. Spadków saturacji brak. Super. Przez noc i poranek widać miała dobre ciśnienie. Mogę przypuszczać, że mocno się nie spinała co też jest na plus. O 13. tętno w granicach 140- 150-kilka. Mocz w ładnym kolorze. Niestety, wrócił cewnik. Pani pielęgniarka powiedziała, że dr nie chciała zaczynać próby siusiania w nocy. Z reguły wszelkie nowości wykonuje się w dzień a nie w nocy. Wydaje się to logiczne, choć jesteśmy ciekawi czy uda się jej samej siusiać…Odkąd tu przyjechała, czyli od 11 stycznia cały czas na cewnik. Może już trochę jest mocniejsza i sama zacznie? Może niedługo podejmą jeszcze taką próbę.
Emiluś dzisiaj ładnie wygląda. Otwiera ładnie oczka…Jakie są piękne, gdy można je zobaczyć w “całości”… Widać spokój na jej buzi… Nie ma grymasów bólu ani łez… Nie oddycha płytko…Jak to wszystko obserwujemy, to pierwsze nasze spotkanie przebiegło w miarę spokojnie, bez temperatury. Jak co dzień , czytaliśmy Emi Pismo Święte i modliliśmy się z nią…o nią…o naszą Rodzinę…o Jedność…
Przez cały dzień miała dobre ciśnienie, choć od 16. zaczęła gorzej się czuć. Na wieczór było już widać, że znowu ją coś łapie… Oczka miała zamknięte i jakby obrzęknięte…ściśnięte powieki… Zaczęła gorączkować i znowu dostała lód pod główkę, dwa po bokach i trzeci na nóżce. Ten trzeci najszybciej udało się zdjąć. Kończyny miała zimne ale brzuszek i główkę miała rozpalone… Trzymałam ją za rączkę i troszkę głaskałam po główce. Dużo się śliniła. Zbierałam jej ślinkę jednocześnie się modląc… Nie chciałam dodawać jej dodatkowych bodźców, więc zbytnio jej nie ruszałam… Wpatrywałam się w nią jak w najpiękniejszy obraz… Dla nas jest niesamowita…Chcielibyśmy jej zabrać to cierpienie, a jednocześnie nie możemy nic zrobić…
Bezsilność… Miłość… Jezu Ufamy Tobie!


